Zioła i Chata

zioła nad stawem, zachód słońca

Serdecznie witam Wszystkich,
w  moim nowym dziale poświęconym „Chacie z ziołami”.
Czy zawsze miałam zamiłowanie do ziół?
Zioła w mojej chacie znalazły się całkiem nie przypadkowo, ale trudno określić,
kto kogo wybrał. Czy ja zioła, czy zioła mnie?
Od małego uprawiałam sobie kawałek ziemi, na działce pracowniczej rodziców.
Praca moich rodziców również wiązała się z uprawą roślin oraz wzmożona pracą
w miesiącach letnich i jesiennych przy owocach, warzywach, zborzach.
Ale czy tylko praca moich rodziców miała taki silny wpływ na to,
że zajęłam się ziołami?
Dodatkowy aspekt mojego dzieciństwa, to również wakacje u Babci Wandy na wsi, gdzie codziennie rano chodziło się do kurnika po świeże jajka od kur, do sąsiadki po wodę w kankach ze studni oraz zabawy w poszukiwanie jeża mieszkającego w piwnicy.
A na jesień odbywały się zbiory jarzębiny, gdyż Babcia prowadziła skup jarzębiny dla firmy „Herbapol”.
Czasy w których się wychowywałam, to głęboki PRL.
To również czasy kiedy nic nie było w sklepach i pomarańcze dostawało się na gwiazdkę w paczce.
Niestety, nie było mi dane poznać moich drugich dziadków, ale z tej części rodziny wszyscy uprawiali lub wciąż uprawiają sady z jabłkami i innymi owocami.
Do dziś mam przed oczami karton jabłek przysłanych pocztą, z tych rodzimych sadów w czasie PRL-u.
A jak to jest dziś z miłością do ziół?
Obecnie, gdy wspominam te chwile z dzieciństwa, to myślę, że nie mogło być inaczej, że zostanę zielarką, choć nigdy nie było to dla mnie oczywiste, a wręcz bym się wypierała.
W wieku prawie dorosłym, gnało mnie do dużego miasta, za ludźmi i pracą.
Kolej zdarzeń była taka, że nie myśląc, aby mieszkać w domu jednorodzinnym, kupiliśmy ziemię na obrzeżach dużego miasta. To miała być inwestycja. Jednak gdy zaszłam w ciążę z drugim dzieckiem, nasze mieszkanie dwupokojowe, zrobiło się za małe i trzeba było pomyśleć nad większym lokum. I tak zaczęliśmy się budować.
No i co dalej?
Początki nie były łatwe. Ta cisza i brak komunikacji z miastem, były dobijające.
Dziś albo zdziczałam albo zestarzałam się :), bo to muzyka dla mojej duszy.
Wtedy, nie mieliśmy ani pieniędzy, ani wyobraźni jak ma wyglądać nasz ogród i rośliny, które w nim lądowały, były całkiem przypadkowe. Tak właśnie między innymi znalazła się lawenda wąskolistna od mojej koleżanki, która rozsiała się po ogrodzie, tak jakby to był celowy zabieg i zadomowiła się na dobre.
I w taki w oto sposób nasza wzajemna miłość z naturą oraz  roślinami na nowo odżywała.
Najpierw ukończyłam w tym kierunku florystykę, zrobiłam kurs rolniczy i ukończyłam kurs fitoterapii. Z dnia na dzień inne rośliny dzikie ale lecznicze, również wybrały sobie mój ogród na swój dom.
Chodzą legendy, że to zioła nas wybierają i pojawiają się takie które my potrzebujemy do uleczenia naszego ciała.
I muszę przyznać, że coś w tym jest, bo w mojej dzikiej części ogrodu pojawiły się te rośliny, które powinnam stosować.
Dlatego chciałabym podzielić się z Wami, choć cząstką swojej wiedzy, aby Wam również żyło się zdrowiej, w tych zwariowanych czasach.
Zapraszam do wspólnej drogi w głąb natury.

zioła, droga, krajomraz